sobota, 30 stycznia 2016

Hotelowa trauma

Trzy miesiące temu byłem w Krakowie. Spałem w całkiem sympatycznym hotelu za całe 49 zł za pierwszą noc. Ale to nie o tym miałem pisać. Klucz do pokoju dostałem w postaci zakodowanej karty magnetycznej. Numer pokoju musiałem sam zapamiętać, bo to że nie dostałem żadnej kartki z zapisanym numerem było chyba jednym z przejawów budżetowości z nazwy. Ale od czego jest komórka?


Gdy pierwszego wieczoru wracałem do pokoju wszytko było ok - drzwi się otworzyły bez problemu. Drugiego dnia było już gorzej - drzwi, a dokładniej zamek w nich, nie chciały mnie wpuścić. Na szczęście do recepcji nie było daleko. Karta została ponownie zakodowana i już bez problemu wszedłem do pokoju.

Znacznie gorzej było, albo raczej mogło być, w hostelu, w którym spałem rok wcześniej w Gdańsku. Tam też pokój otwierał się za pomocą karty, tak samo drzwi budynku, w którym spałem. Wychodząc do łazienki, która była na korytarzu, musiałem pamiętać o zabraniu karty. Recepcja była po drugiej stronie ulicy i to wcale nie vis-à-vis. Nie daj Boże w mroźną noc zapomnieć o karcie.

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza