czwartek, 19 września 2013

Ze Smołdzińskiego Lasu

Czwartek zaczął się od deszczu. Co prawda w nocy trochę mnie przetelepało, ale jak wychodziłem z kwatery to czułem się całkiem dobrze. Jeszcze nie wyszedłem z Łeby, a już dwa razy zgubiłem szlak. Za pierwszym razem musiałem cofnąć się tylko kilkadziesiąt metrów. Za drugim zorientowałem się po kilkuset, ale że szedłem równoległą drogą, a za jakieś półtora kilometra miała być droga łącząca to poszedłem dalej. Gdy już prawie było to miejsce, moja droga będąca na początku betonką zmieniła się w bagnistą łąkę. Ponieważ zaczął mnie męczyć kaszel i zrobiło mi się zimno, a takich miejsc mogłem mieć dzisiaj jeszcze sporo postanowiłem wrócić do Łeby. Potem pojechać przez Lębork i Słupsk by dostać się w okolice Smołdzińskiego Lasu, w którym byłem umówiony z Kubą. W Łebie złapałem busa, który akurat odjeżdżał. W Lęborku miałem mniej szczęścia - przyjechałem chwilę po odjeździe pociągu. Spóźniłem się 3 minuty, a na kolejny musiałem czekać 3 godziny. Na szczęście w Słupsku byłem punktualnie i zdążyłem na autobus, a miałem tylko kilka minut na przesiadkę. Na noc nafaszeruję się aspiryną, to może zaziębienie do rana przejdzie.

środa, 18 września 2013

Z Łeby

Nad Białogórą wstał piękny słoneczny dzień. Jasiek na Przechadzce wchodząc do niej nadłożył drogi od północnego zachodu, chciałem więc znaleźć lepszą trasę. I prawie się udało - nadłożyłem od południa. Przez większość dnia udawałem konia i poruszałem się po szlakach oznaczonych podkową. Szlaki te, tak samo jak piesze, są świetnie wyznaczone w miejscach gdzie ich przebieg nie budzi żadnych wątpliwości. Jak tylko pojawia się jakaś inna możliwość, albo ginie droga, to znaki również znikają. Teraz pomyślałem, że może znakarze w tych miejscach też nie są pewni przebiegu szlaku, więc na wszelki wypadek nie malują znaków. Takie miejsce miałem w okolicach Lubiatowskiej Wydmy. Szlak przeszedł przez strumień, a po drugiej stronie brakowało... drogi. Żeby było łatwiej odnaleźć końskie znaki są one oznaczone na czerwono. Z większej odległości, w ciemnym lesie są prawie zupełnie niewidoczne. Sto metrów dalej znalazłem ścieżkę wijącą się wśród krzewów. Gdy później schodziłem spod latarni Stilo pomyślałem "gdzie te czasy, że po lesie chodziło się z mapą i kompasem, albo nawet i bez nich". Nie musiałem długo czekać. Kilkanaście minut przed skrzyżowaniem, na którym chciałem zejść z wyznaczonych szlaków i pójść pomiędzy nimi, GPS odmówił dalszej współpracy. Trafiłem jednak na zaplanowaną drogę i prosto nią do Łeby.